ukochany Kraków wybaczy, ale Wrocław jest tak urokliwy, że nie sposób nie wydać z siebie choć kilkunastu ochów i achów....
...w to słoneczne popołudnie przycupnęłam na ławce w parku....puszczając z dymem agresję, wkurzenie, rozżalenie i inne negatywne emocje siedzące aktualnie w mojej głowie...iiii....nic mnie nie olśniło, nie walnęło z nagła w głowę...po prostu uświadomiłam sobie to, co teoretycznie wiedziałam, że nie ważne co się dzieje dookoła, nie ważne, że jest tysiąc czynników niesprzyjających naszym planom....aczkolwiek sam fakt posiadania celu, planu jest bardzo budujący...."jest jedna rzecz dla której warto żyć: hip hop...i nie zmienia się nic"
tak czy siak....jeśli sytuacja przedstawia się nieciekawie i jesteśmy nawozem zamiasta na wozie proponuje uświadomić sobie NASZ CEL i to jak bardzo bardzo bardzo zależy nam na tym, żeby go osiągnąć, dotrzeć do niego, zrealizować...zwał jak zwał....
bo tylko głupiec powierza przyszłość w ręce losu/przypadku i pozostaje bierny....trzeba działać działać działać!!!
aaaa...no i wystawić się na słońce...niekoniecznie we wrocławskim parku...
1 komentarz:
Bombi... ale pocisnełaś.
Od tygodnia każdy próbuje wymyślić jakąś błyskotliwą ripostę i nic.
Cisza.
Głusza.
I grzebanie w poszukiwaniu CELU.
Sensu jeszcze nei mam, ale jest pomysł na małą życiową rewolucję :*
Prześlij komentarz